Przemyślenia

O tym, jak zaczęłam żyć na własnych zasadach

Dzisiejszy wpis powstał głównie dla mnie, jako forma oczyszczenia. Za mną kilka dość trudnych lat i potrzebowałam klamry, która zamknie ten etap i pozwoli mi ruszyć do przodu. Nie chcę też dłużej udawać kogoś, kim nie jestem, a od pewnego czasu tak się właśnie czułam. Stawiam na autentyczność, nawet jeśli oznacza to odsłonięcie swojego miękkiego podbrzusza i wystawienie się na ocenę i krytykę. Być może zabrzmi to strasznie patetycznie, ale pod wpływem wydarzeń z kilku ostatnich miesięcy poczułam, że zaczynam od nowa. Że po raz pierwszy w życiu naprawdę jestem sobą. Chwytajcie więc herbatę i przygotujcie się na długi, osobisty wpis.

W marcu tego roku minęły dwa lata od mojego odejścia z pracy na etacie. W tamtym momencie wydawało się, że była to decyzja racjonalna, poparta dobrymi argumentami i jedyna właściwa. Dlaczego? Bo byłam okrutnie nieszczęśliwa. 

Tuż po studiach postanowiłam położyć kres związkowi na odległość i wyjechałam do Belgii, by zamieszkać ze swoim partnerem. Dość szybko, gdyż po zaledwie miesiącu poszukiwań, znalazłam pracę w Luksemburgu. Wiązała się ona z długimi dojazdami (3 godziny dziennie) i zdecydowanie nie była moją wymarzoną. Szczerze mówiąc, przyjęłam ją tylko dlatego, że nie chciałam stanowić obciążenia dla swojego chłopaka. Nie chciałam też zawieść ludzi wokół mnie, którzy liczyli na to, że sobie poradzę i odniosę sukces. Cały czas miałam w głowie myśl, że muszę szukać czegoś innego. Czegoś, co polubię. Czegoś, co faktycznie ma szansę stać się moją karierą i pracą, do której nie idę ze łzami w oczach. 

Rzeczywistość i codzienne życie były jednak bardzo trudne. Wychodziłam z domu około 7:30 i wracałam do niego w okolicach 19:30. Ze względu na moje introwertyczne zapędy, całe dnie spędzane pośród tak wielu ludzi, wykańczały mnie psychicznie. Wieczorami nie miałam już siły na nic. Starałam się, jak mogłam, ale zwyczajnie brakowało mi energii na cokolwiek i w ciągu pierwszych kilku miesięcy przytyłam co najmniej 10 kg. Moje problemy z binge eating przybierały na sile i kompletnie nie miałam pojęcia, jak sobie z nimi poradzić. 

Weekendy spędzałam na tworzeniu jadłospisu na cały tydzień, robieniu zakupów, które możliwe były dla nas tylko w soboty, gotowaniu jedzenia na nadchodzące dni, które potem mroziłam, sprzątaniu mieszkania i dzwonieniu do przyjaciół i rodziny w Polsce, bo w inne dni oczywiście nie miałam na to czasu. Na jakiekolwiek spotkania z ludźmi na żywo brakowało mi przestrzeni zarówno w głowie, jak i w kalendarzu. 

Podróże i zakupy jako lek na wszystko

Z zewnątrz wszystko wyglądało pięknie. Byłam w szczęśliwym związku, mogłam pozwolić sobie na nowe ciuchy, mieszkałam za granicą, sporo podróżowałam. Ale to wszystko to tylko pozory. 

Choć zabrzmi to paradoksalnie, ja i mój partner spędzaliśmy ze sobą dużo mniej czasu niż wtedy, gdy byliśmy oddaleni od siebie o tysiąc kilometrów. 

Nowe sukienki były moją formą wynagradzania sobie braku życia w życiu. Niestety, kolejne paczki z Zalando przynosiły coraz mniejszą radość, aż w końcu przestały cieszyć w ogóle. 

Podróże były moim jedynym ratunkiem. To było coś, co trzymało mnie przy życiu. Wizja krótkiego, dwu- lub trzydniowego wyjazdu stanowiła jedyne pocieszenie i pomagała podnieść się z łóżka. Wyjazdy do Włoch, Portugalii, a nawet wizyty w Niderlandach były wtedy moimi jedynymi promykami szczęścia. Stanowiły ucieczkę od życia, którego nienawidziłam całym sercem. Nie wiem, czy przetrwałabym ten czas, gdyby nie podróże. 

Potrzeba zmiany

Poszukiwania innej pracy nie szły najlepiej. Po pierwsze, nie miałam na to czasu. Po drugie, Luksemburg rządzi się swoimi prawami. Większość dostępnych ofert dotyczyła pracy w księgowości lub bankowości, a ja już wtedy wiedziałam, że obrałam dla siebie niewłaściwą ścieżkę. 

Chciałam i potrzebowałam zmiany. Miałam dość. Nie chciałam pogodzić się z tym, że teraz tak będzie wyglądało moje życie. Płakałam jadąc do pracy, płakałam po powrocie do domu, w pracy płakałam w toalecie, a kilka razy nawet przy biurku. 

Ktoś może uznać, że przesadzam, ale dla mnie to było zbyt wiele. Nie potrafiłam odnaleźć się w tamtym środowisku, nie chciałam poświęcać całego swojego czasu na to, żeby zarobić na wakacje, które będą moją cykliczną ucieczką. 

Pragnęłam zacząć działać w branży kreatywnej. Już jako dziecko spędzałam swój czas na pisaniu, rysowaniu, malowaniu. Od zawsze chciałam tworzyć. Życie rzuciło mnie jednak w innym kierunku. Kierunku, który coraz bardziej mnie uwierał. 

Przeglądając nieliczne oferty pracy w marketingu (wtedy myślałam, że to moja jedyna droga do bardziej kreatywnego zajęcia) zdałam sobie sprawę z tego, że brakuje mi wielu umiejętności. 

Powrót do szkoły

Przypadkiem trafiłam na promocję kursu UX Design, który po krótkim namyśle postanowiłam zakupić. Zanim do niego przystąpiłam, przerobiłam kilka darmowych kursów na temat teorii koloru, typografii i innych podstaw grafiki. Zachęcona przez instruktorkę kursu UX postanowiłam nauczyć się HTML i CSS, żeby zwiększyć swoje ewentualne szanse w tej branży. Tak bardzo mi się to spodobało, że zaczęłam zagłębiać się w temat tworzenia stron internetowych bardziej i bardziej. 

Wykupiłam więc dostęp do kolejnego kursu, tym razem skupionego na tematyce brandingu i poszerzania wiedzy na temat stawiania stron. Czas na naukę miałam jedynie rano, więc wstawałam o 5, żeby odrobić kilka lekcji jeszcze przed pracą. Szło mi całkiem nieźle, a ja czerpałam sporo satysfakcji z ukończonych projektów. Najwięcej radości sprawiało mi projektowanie różnych elementów w Illustratorze i Photoshopie, ale niestety zupełnie przeoczyłam ten “nieistotny” szczegół. 

Rozczarowania

Gdy przyszedł moment, w którym miałam zacząć reklamować swoje usługi, z jakiegoś powodu nie potrafiłam tego zrobić. Byłam w stanie stworzyć stronę, wiedziałam, o co w tym wszystkim chodzi, ale robienie tego dla innych nie sprawiało mi radości. Ba, frustrowało mnie to do nie wytrzymałości. 

Brakowało mi cierpliwości do pracy z kodem, który z jakiegoś powodu nie chciał działać. Nie byłam specjalnie zainteresowana dalszym poszerzaniem swojej wiedzy i mało obchodziły mnie nowinki z tej branży. 

Spanikowałam. 

Zupełnie nie wiedziałam, co dalej. 

Byłam przerażona. 

Miałam poczucie zmarnowanego czasu i pieniędzy. I z tego powodu próbowałam cisnąć ten temat dalej. Ale im większą presję na siebie wywierałam, tym gorzej się czułam i tym mniej miałam ochotę się tym wszystkim zajmować. 

Zaczęłam rzucać się od pomysłu do pomysłu, żadnego jednak nie realizując. W ramach powrotu do korzeni odkryłam na nowo pasję do rysowania i pisania. Stwierdziłam jednak, że nie ma to sensu, zajmie mi to wszystko zbyt wiele czasu, którego przecież nie mam, więc porzuciłam i to. 

A potem do tego wróciłam. 

I znów porzuciłam. Bo nie mam na to czasu.

Wróciłam.

Porzuciłam.

Wiele się w tym czasie wydarzyło. Wysłałam masę CV, a zdecydowana ich większość pozostała bez odpowiedzi. Próbowałam pogodzić się z faktem, że to koniec. Miałam dość ciągłej walki, bycia krytykowaną i ocenianą. Jednak za każdym razem, kiedy postanawiałam sobie, że się poddaję, budził się we mnie ogromny bunt. 

Nie chciałam powrotu do dawnego życia. Nie chciałam też, aby sprawy pozostały niezmienione. Nie chciałam przeżywać tego samego roku po raz kolejny. Coś musiało się zmienić. 

Przyszłość

Za mną kilka bardzo trudnych lat i ekstremalnie ciężkie pół roku. Te ostatnie miesiące okazały się jednak być dla mnie kopniakiem w dobrą stronę. Zaczęłam bardzo poważną pracę nad sobą, postanowiłam raz na zawsze uporać się z przeszłością i w końcu czuję, że ruszam do przodu. 

W marcu tego roku postanowiłam dać sobie w końcu szansę. Wróciłam do pisania, zaczęłam rysować i malować. Wdrażam w życie pomysły, które nosiłam w sobie od dobrych dwóch lat. Nie wiem, co przyniesie przyszłość, ale w końcu czuję, że działam w zgodzie ze sobą. Że, tak jak napisałam we wstępie, chyba po raz pierwszy w życiu jestem sobą. 

Przestałam wywierać na siebie presję. Zaczęłam bardziej skupiać się na chwilach tu i teraz, bez wiecznego zamartwiania się o przyszłość i taplania się w przeszłości. I być może brzmi to wszystko bardzo patetycznie, dla niektórych pewnie nawet zabawnie, ale ja czuję, że ostatnio zaczęłam żyć na nowo. Pozbywam się bagażu, którego już nie potrzebuję, otwieram się na przyszłość bez zbędnych oczekiwań i przestaję wstydzić się samej siebie. 

To wszystko nie oznacza, że moje życie jest obecnie idealne i nie ma w nim przykrości i trudności. Są, ale ja powoli zmieniam swoje podejście i po prostu zaczynam żyć na własnych zasadach, tu i teraz. 

Nie wiem co przede mną. Być może uda mi się zrealizować te wszystkie pomysły, które siedzą w mojej głowie, a może wpadnę na nowe, lepsze. Albo wrócę do pracy na etacie. Nie wiem. Nie wiem i nie zamartwiam się już tym. Obecna sytuacja pokazała chyba nam wszystkim, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć przyszłości. Co więcej, przeszłości też już nie zmienimy, więc ciągłe wracanie do niej jedynie powstrzymuje nas od życia pełną piersią. 

Nadal mam do wykonania ogrom pracy nad sobą. Nie jestem jeszcze tam, gdzie chciałabym być, ale nie jestem też pewna, czy istnieje tutaj jakiś punkt końcowy. Fajnie jednak być w końcu sobą i przestać się ciągle martwić o to, co inni sobie o mnie pomyślą. Dzielę się tym wszystkim, bo kilka lat temu sama chciałabym przeczytać, że naprawdę da się z tej skorupy wyjść. 🙂

2 myśli w temacie “O tym, jak zaczęłam żyć na własnych zasadach”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.