Lifestyle, Rozwój

Jak przekonałam się do regularnej aktywności fizycznej

Nigdy nie byłam fanką sportu. Lekcje WF-u to był dla mnie prawdziwy koszmar. Z całego serca nienawidzę większości sportów zespołowych, nie jestem lekką sarenką i nie mam predyspozycji do szybkiego biegania ani skakania w dal czy wzwyż. Latami sport kojarzył mi się z torturą i czymś, czego należy unikać za wszelką cenę, bo tylko się skompromituję. Dlatego za tym większy sukces uważam to, że od dobrych kilku miesięcy trenuję nie tylko regularnie, ale i z przyjemnością.

Być może nie trafię ze swoim ciałem na okładkę Sports Illustrated albo innego Woman’s Health, ale wcale mi na tym nie zależy. Zdjęcie z siebie presji i zmiana postrzegania aktywności fizycznej sprawiły, że po raz pierwszy w życiu ruszam się z radością i nie wyobrażam sobie bez tego tygodnia, ani nawet dnia.

Jako ludzie, potrzebujemy ruchu. Nasze zasiedziałe ciała zmieniają swoją anatomię, a to powoduje ból i inne nieprzyjemne konsekwencje. Poprawa samopoczucia i pozbycie się bólu są dla mnie najlepszą motywacją do tego, by swoją przygodę z ruchem kontynuować. Nie gubienie kilogramów, nie poprawa jędrności tyłka (choć mile widziana, nie przeczę), ale wzrost jakości życia, którą niosą ze sobą regularne treningi. Wiem, brzmię jak osoba w bardzo zaawansowanym wieku, ale im jestem starsza, tym większą wagę przykładam do komfortu i dbania o swoje samopoczucie.

Ruch nie jest już dla mnie środkiem do celu, ale stał się celem samym w sobie. Żadne sportowe wyzwanie ani żaden program fitness nie przyniosły mi tyle korzyści, co kilka miesięcy treningów trzy razy w tygodniu i 10-15 minut jogi każdego poranka. Dopóki moją motywacją do uprawiania sportu było schudnięcie, tak długo nie potrafiłam wyrobić sobie nawyku regularnego ruchu.

Przełom nastąpił wiosną tego roku. Długie godziny spędzane przy biurku coraz bardziej dawały mi się we znaki. Ból w nadgarstku, ból w udzie, ból pleców, ból karku — sporo tego bólu, jak na teoretycznie zdrową 28-latkę. Wiedziałam, że coś musi się zmienić. A raczej nie coś, bo doskonale wiedziałam, w czym rzecz. Jestem osobą, którą łatwo pochłania praca, i która każde oderwanie od niej traktuje jako stratę czasu. Zdaję sobie sprawę z tego, jak głupio to brzmi, ale sztukę odpoczywania i robienia sobie przerw opanowałam stosunkowo niedawno. Codzienna aktywność fizyczna od zawsze jawiła mi się jako strata czasu właśnie. Bo przecież w tym czasie mogłabym robić coś zupełnie innego. Coś, do przyspieszy moją drogę do celu. Problem w tym, że kontynuując swój dotychczasowy styl życia, pewnie niedługo mogłabym o jakimkolwiek dążeniu do celu zapomnieć. Chyba że moim celem stałby się powrót do zdrowia.

Postanowiłam podejść do wdrażania ruchu do swojego życia w sposób metodyczny. Wyrobiłam sobie w przeszłości wiele dobrych nawyków, a aktywność fizyczna to po prostu kolejnych z nich. Ustaliłam sobie konkretne dni, w które wykonuję treningi (poniedziałek, środa, piątek), ustanowiłam godzinę, o której powinnam znaleźć się na macie, włączyłam powiadomienia o treningu w telefonie i laptopie, dodałam treningi do swojej listy nawyków, które kontroluję i przystąpiłam do działania.

Oczywiście, nie obyło się bez spadku motywacji, porzucania całego planu i nie do końca udanych prób powrotu. Od września jednak ćwiczę naprawdę regularnie. Zdarzyło mi się kilka pominiętych treningów, ale mogę policzyć je na palcach jednej ręki. Dalej kontynuuję praktykę porannej jogi, a ostatnio nawet i wieczornej. Coraz częściej wychodzę na spacery, podczas których nadrabiam podcasty i audiobooki. Słowem — ruch stał się składową częścią mojego dnia.

Wiem, że za chwilę znajdą się osoby, które powiedzą, że trening trzy razy w tygodniu to za mało. Że takie krótkie sesje jogi nic mi nie dadzą. Że spacery nie wystarczą. Że powinnam robić więcej, mocniej i szybciej. Dziś jednak wiem, że jedyne co powinnam, to słuchać samej siebie. Być może za jakiś czas zwiększę ilość i intensywność treningów. Być może wydłużę sesje jogi. A być może nie. Wolę robić mniej, na miarę swoich sił i możliwości, niż znów powrócić do rozpisywania pięknych planów treningowych, które nigdy nie doszły do skutku.

Obecnie zrezygnowałam też ze zmuszania się do ćwiczeń, których nie lubię. Nie mam konkretnych celów sylwetkowych, po prostu chciałam zrobić z aktywności swój nawyk. W związku z tym wybieram głównie treningi, które sprawiają mi przyjemność. Uwielbiam ćwiczenia siłowe, kettlebells, niekiedy zumbę. Na bardziej konkretne cele przyjdzie jeszcze czas. Na razie chcę się cieszyć aktywnością samą w sobie.

Nowy rok już za rogiem i pewnie wiele z Was przymierza się do spisania listy postanowień noworocznych. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że na większości list znajdzie się punkt dotyczący zgubienia zbędnych kilogramów i wyidealizowany program treningowy, który ulegnie zapomnieniu z końcem stycznia. Może więc warto spróbować nowego podejścia i zmienić swoje nastawienie do ruchu? I nie czekać do 2020 – sesja jogi z YouTube to idealny sposób na weekendowy relaks. 🙂

1 myśl w temacie “Jak przekonałam się do regularnej aktywności fizycznej”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.