poranny rytuał joga
Lifestyle, Rozwój

Mój poranny rytuał – przepis na dobry dzień

Jeszcze ponad dwa lata temu moje poranki wyglądały zupełnie inaczej niż obecnie. Wstawałam z łóżka po kilku drzemkach, kompletnie zaspana, z zamglonym umysłem i świadomością, że muszę się spieszyć. Nakładałam makijaż jednocześnie oglądając jakiś filmik na YouTube, jedząc śniadanie i popijając kawę. Wybiegałam z domu w pośpiechu, marząc o chwili dla siebie, która być może, choć raczej nie, nastąpi późnym wieczorem. 

Wtedy też postanowiłam, że coś musi się zmienić. Nie lubiłam swojej pracy, nie lubiłam miejsca, w którym mieszkałam, nie lubiłam swojego życia. Nie pamiętam jak do tego doszło, ale w pewnym momencie zaczęłam słuchać w pracy podcastów. Były idealne podczas wykonywania rutynowych i nudnych zadań. Nie przesadzę jeśli powiem, że to, co w tych podcastach usłyszałam, zmieniło w moim życiu naprawdę wiele. Jedną z takich rzeczy były moje poranki. 

Gdy po raz pierwszy dowiedziałam się o The Miracle Morning (w polskim przekładzie “Fenomen poranka”, ale w tekście będę używać oryginalnej nazwy) byłam już na etapie wprowadzania pewnych zmian. Zaczęłam uczyć się tworzenia stron internetowych i zastanawiałam się, jak upchnąć to w swoim tak bardzo napiętym już planie dnia. Nauka wieczorami, po całym dniu w pracy, totalnie mi nie szła i miałam ochotę porzucić jakikolwiek plan życiowych zmian. 

I wtedy trafiłam na podcast Pata Flynna o wspomnianym The Miracle Morning. Zaczęłam wstawać o 5 i uczyć się właśnie wtedy. Nareszcie miałam poczucie, że mam czas dla samej siebie, dla swoich własnych celów i nic, co się tego dnia wydarzy, nie zabierze mi już czasu i energii na realizowanie siebie. Zainteresowałam się więc tematem głębiej i sięgnęłam po źródło całego zamieszania, czyli książkę Hala Elroda. Powoli wprowadzałam kolejne wskazówki Hala, niektóre z nich po czasie zupełnie odrzuciłam, a niektóre pozostały ze mną do dziś.  

Jak zatem obecnie wygląda mój idealny poranek? 

Joga

Po dwóch latach eksperymentów udało mi się w końcu znaleźć idealny sposób na rozpoczęcie dnia. Gdy po raz pierwszy zainteresowałam się ideą Miracle Morning, zastosowałam się po prostu do zaleceń jej twórcy i kilka minut po obudzeniu zasiadałam do medytacji. Niestety, kompletnie się to w moim przypadku nie sprawdziło. Mycie zębów, wypicie szklanki wody, włączenie wszystkich możliwych świateł w pokoju – nic nie pomagało i podczas medytacji mój zaspany mózg zwyczajnie odpływał. Postanowiłam więc w pierwszej kolejności zabierać się za pisanie, ale i to okazało się zbyt dużym wyzwaniem. Poza tym, kawa była nadal zbyt gorąca by ją pić, a po jodze i medytacji była już zbyt zimna (tak, tak, wiem, problemy pierwszego świata!). Po jakimś czasie uznałam, że miło byłoby zaczynać dzień od jakiejś przyjemności, więc przez kilka tygodni sadowiłam się na kanapie z książką. Poranne czytanie nie okazało się jednak moim sprzymierzeńcem i zdecydowanie nie ułatwiało akcji pod nazwą “pobudka”. 

Długo broniłam się przed przesunięciem aktywności fizycznej na sam początek dnia, oj długo. Bardziej intensywne treningi wolę pozostawić sobie na godziny popołudniowe, jednak joga stanowiła dla mnie pewien kompromis w tej kwestii. Nie wyobrażałam sobie jednak wskakiwać na matę tuż po tym, jak ledwie otworzyłam oczy! Jakiś czas temu dałam jednak jodze szansę i okazało się, że tylko ona potrafi mnie tak świetnie obudzić. 

Rano staram się wybierać raczej łagodne, trwające od 10 do 20 minut praktyki. Intensywniejsze i dłuższe pozostawiam sobie na weekendy. Jednak nawet taka stosunkowo krótka sesja jogi sprawia, że dosłownie zaczynam czuć jak krew zaczyna szybciej krążyć. I niech Was nie zwiedzie słowo łagodna – po niemal każdej takiej sesji prysznic jest koniecznością!

Medytacja

Moje ciało i umysł pobudzone dawką porannego ruchu są gotowe na małe wyciszenie. Tuż po skończonej sesji jogi lubię płynnie przejść do medytacji. Zazwyczaj korzystam przy tym z aplikacji takich jak Headspace czy Calm, ale na YouTube można znaleźć mnóstwo tzw. medytacji kierowanych (guided meditation). Są one przydatne szczególnie początkującym lub gdy zmagamy się z jakimś konkretnym problemem, który dana medytacja porusza. I choć nadal lubię tego typu wskazówki, to powoli zaczynam dochodzić do momentu, w którym jestem w stanie pokierować swoją medytacją samodzielnie. Jednocześnie czuję, że jest jeszcze wiele rzeczy na temat medytacji, których chciałabym się nauczyć. W najbliższej przyszłości planuję zacząć poszerzać swoją wiedzę na ten temat gdyż chciałabym wyciągnąć z medytacji jak najwięcej. 

Pisanie + kawa

Po jodze i medytacji w końcu przychodzi czas na mój ulubiony moment, czyli… kawę! Zyskuje ona wtedy idealną dla mnie temperaturę, dzięki czemu mogę się nią naprawdę delektować. Poza tym, wykonałam już dwie czynności ze swojej porannej listy, mam więc poczucie, że na nią zasłużyłam. Chwytam też wtedy swój dziennik i zaczynam pisać. O czym? O wszystkim co tkwi w mojej głowie. Początkowo było to dosłownie kilka zdań, tak jak radzi autor “Miracle Morning”, jednak później dowiedziałam się o koncepcji “strumienia świadomości” i to ją na swój sposób realizuję do dziś. Pomysł ten pochodzi z książki Julii Cameron “Droga Artysty”. Co prawda nigdy całej tej “drogi” nie przeszłam (choć bardzo chcę!), ale kilka wskazówek już z niej wyciągnęłam i staram się stosować. Co prawda nie zapisuję codziennie dokładnie 3 stron, jak radzi autorka, gdyż zajmuje mi to zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale staram się nie kontrolować swoich myśli i pisać to, co akurat siedzi w mojej głowie. Takie zapiski nie muszą być ładne, gramatycznie poprawne czy interesujące. Wprost przeciwnie, mogą być bardzo naiwne, głupie i brzydkie. Chodzi po prostu o wyrzucenie z siebie tego, co nam w danym momencie ciąży. 

Przyznam szczerze, że na pewien czas musiałam zrobić sobie od takiego pisania przerwę. Miałam wrażenie, że zaczynam wyszukiwać sobie problemy, których nie ma (a jako osoba wysoko wrażliwa i myśląca dużo za dużo, mam do tego ogromne skłonności). Niedawno poczułam potrzebę powrotu, ale nie wykluczam, że za jakiś czas ponownie porzucę ten nawyk na jakiś czas. 

Bonus: czytanie

Jeśli mam wystarczająco dużo czasu oraz ochotę, czasami dodaję do swojego porannego rytuału kilka minut czytania. Mam wrażenie, że w naszej kulturze wciąż pokutuje przekonanie “najpierw praca, potem przyjemności”. Ale o ile milej zasiada się do pracy, gdy zrobiliśmy już coś tak totalnie dla siebie. Nawet 10 minut z książką potrafi poprawić mi humor na przynajmniej część dnia. 

Mój poranny rytuał nie jest sztywnym zbiorem zasad. Każdy dzień wygląda nieco inaczej, a i same  wykonywane przeze mnie czynności i ich kolejność zmieniają się w zależności od moich potrzeb. Obecnie tak właśnie wygląda mój idealny poranek, z jogą, medytacją i pisaniem. To połączenie sprawia, że zaczynam dzień z energią i w dobrym humorze, mam poczucie, że zrobiłam już coś ważnego dla siebie i nabrałam dystansu do aktualnych wydarzeń w moim życiu. Nie oznacza to jednak, że codziennie z radością wskakuję na matę czy odpalam apkę do medytacji. Szczerze mówiąc, to zazwyczaj nie chce mi się robić żadnej z tych rzeczy, ale staram nie zastanawiać się nad tym i po prostu je robić. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się żałować, że zmusiłam się do chociażby skróconej wersji tego rytuału. Zawsze natomiast żałuję, jeśli zdarzy mi się rozpocząć dzień od scrollowania Instagrama. 

A Wy macie jakieś poranne rytuały, które wprawiają Was w dobry nastrój? Jeśli tak, to koniecznie dajcie znać w komentarzu!

Reklamy

1 myśl w temacie “Mój poranny rytuał – przepis na dobry dzień”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.