Holandia

O holender! czyli o życiu w Holandii: poszukiwanie mieszkania

W pierwszej części tego cyklu opowiadałam Wam o tym, jak do Holandii w ogóle trafiłam. Ale przeprowadzka, jak wiadomo, wiąże się z jedną z najtrudniejszych rzeczy na świecie – poszukiwaniami mieszkania. Jak zatem znalazłam swoje? 

Początkowo rozważałam stworzenie typowego wpisu wypełnionego wskazówkami, jak się za ten cały wynajem w Holandii zabrać. Ostatecznie jednak stwierdziłam, że lepiej będzie pokazać wszystko na swoim własnym przykładzie i opowiedzieć po prostu swoją historię. Gdzieniegdzie przewijają się w tym tekście różne porady, ale nie czuję się wystarczającym ekspertem w tej dziedzinie – w końcu nie jestem prawniczką ani agentką nieruchomości. W internecie można znaleźć mnóstwo stron i artykułów mówiących o tym, jak wynająć mieszkanie w Holandii krok po kroku. Ja jednak nie chcę zamienić swojego bloga w serwis poradniczo-informacyjny, pozostanę więc przy dzieleniu się własnym doświadczeniem. 

Tarta z tradycyjnymi holenderskimi ciasteczkami (stroopwafel)

Kryzys mieszkaniowy

Nie da się ukryć, że sytuacja mieszkaniowa w Holandii nie jest obecnie najlepsza. Niewielki kraj, ponad 17 milionów ludności i ciągły wzrost tej liczby – to musiało doprowadzić do kryzysu. Ceny bywają kosmiczne, a zakwalifikować się jako potencjalny wynajmujący jest bardzo trudno. Właściciele mieszkań oraz agencje nieruchomości stawiają coraz bardziej zaostrzone wymagania wobec mieszkańców. To wszystko, w połączeniu z presją czasu sprawiło, że rozważaliśmy zamieszkanie na jakiś czas z rodzicami mojego partnera. Ostatecznie udało się nam znaleźć mieszkanie, z którego jesteśmy zadowoleni, ale nie obyło się bez rozczarowań i stresu. 

Pod pewnym względem na pewno było nam łatwiej niż przeciętnej parze przeprowadzającej się do Holandii. W końcu jest to ojczysty kraj Toma, więc obcokrajowcem w naszym związku byłam tylko ja. Ominęły nas zatem ewentualne problemy z barierą językową, niechęcią wobec innych narodowości oraz inne utrudnienia, które na pewno spotykają przynajmniej część przybywających do tego kraju. Nie oznacza to jednak, że było nam łatwo. 

Poszukiwania mieszkania rozpoczęliśmy w kwietniu 2018 roku. Pierwszy szok spotkał nas chwilę po tym, jak wpisaliśmy w wyszukiwarkę “mieszkanie do wynajęcia Alkmaar”. Ilość dostępnych mieszkań była stosunkowo mała, a po zawężeniu wyników do takich, na jakie było nas wówczas stać, pozostaliśmy z zaledwie garstką ofert. 

Ale jak to, bez podłogi?

Przerażeni tak małym wyborem poszerzyliśmy obszar poszukiwań do okolicznych miejscowości, ale to wcale nie poprawiło specjalnie naszych nastrojów. Mieszkania nadal były drogie, małe, oddalone od miasta, w którym chcieliśmy mieszkać i… pozbawione elementów wyposażenia, które zawsze uważałam za standard. Takie podłogi na przykład – powinny być w każdym mieszkaniu, prawda? Okazuje się, że nieprawda. Trafiliśmy na mnóstwo ogłoszeń, które początkowo przyciągały nas swoją niższą ceną, ale po chwili odrzucały po tym, jak dowiadywaliśmy się, że musimy kupić własne panele i położyć je samodzielnie. Oczywiście możemy je zabrać ze sobą przy wyprowadzce, ale nie wiem co mielibyśmy wtedy z nimi zrobić. Okej, część moglibyśmy wykorzystać do wyłożenia podłogi w kolejnym mieszkaniu, ale co z panelami przyciętymi na wymiar? Nie powiem, byłam niesamowicie zaskoczona taką praktyką, bo co jak co, ale podłogi w wynajmowanym mieszkaniu zawsze brałam za pewnik. 🙂 

Kolejnym brakującym elementem w wielu mieszkaniach była lodówka. Nie było to już takim szokiem jak podłogi, jednak byłam przyzwyczajona do “pełniejszego” wyposażenia mieszkań. Z drugiej strony to nie ma w sumie na co narzekać – wiele mieszkań na wynajem w Niemczech w ogóle nie posiada kuchni lub tylko blaty plus ewentualnie szafki, więc praktycznie wszystko co w tym pomieszczeniu potrzebne, trzeba przenosić ze sobą z mieszkania do mieszkania. Niemniej, przy brakujących podłogach i lodówce, niska cena mieszkania okazywała się nagle wzrastać dość znacząco. 

Kuchnia bez lodówki, mieszkanie bez podłóg 😀

Rzadkim elementem wyposażenia kuchni okazał się również piekarnik. To akurat stanowiło najmniejszy problem, chociaż warto o tym pamiętać przy wynajmowaniu mieszkania w Holandii. Ja uwielbiam piec, a ponadto przygotowuję wiele potraw w piekarniku, stanowi więc on dla mnie niemalże podstawę podstaw. Przy jego braku na stanie znów musielibyśmy ponieść dodatkowe koszty jego zakupu. 

Desperacja i ciężka artyleria

W końcu jednak udało nam się znaleźć dwa piękne, wymarzone niemal mieszkania w mieście, w którym chcieliśmy wtedy zamieszkać. Cena nie powalała na kolana, ale biorąc pod uwagę, że nie musieliśmy dokupować do nich paneli ani kuchni, oferta wydawała się być całkiem przystępna. Niestety, małe miasta rządzą się swoimi prawami. Ze względu na OGROMNE zainteresowanie, właściciele owych mieszkań nie umawiali się z potencjalnymi wynajmującymi na prywatne oglądanie. Organizowane były “drzwi otwarte” i jedyna możliwość zobaczenia mieszkania oraz przekonania właściciela, że to właśnie ty powinieneś zostać nowym najemcą, była sztywno wyznaczona, np. pomiędzy 16 a 18 w środę. Jako, że mieszkaliśmy wtedy ponad 400 kilometrów od Alkmaar, nie byliśmy w stanie się dostosować i przyjeżdżać kilka razy do Holandii w celu oglądania mieszkań. Nam musiały wystarczyć zdjęcia, jednak przy tak dużej konkurencji ze strony innych zainteresowanych, bez spotkania z właścicielem twarzą w twarz nie mieliśmy żadnych szans na wynajem. 

Nie będę kłamać, dość szybko zaczęliśmy tracić wszelkie nadzieje i zastanawialiśmy się, jakie są nasze opcje. Gdy pewnego ranka trafiłam przypadkiem na ofertę dużego i w pełni wyposażonego mieszkania, postanowiliśmy zawalczyć o nie wszelkimi możliwymi sposobami. Nadal nie mogliśmy udać się do Holandii, by samodzielnie je obejrzeć, ale desperacko potrzebowaliśmy dachu nad głową. Wyciągnęliśmy więc cały nasz arsenał i postanowiliśmy działać. Tom napisał po niderlandzku długaśnego maila, w którym przekonywał, dlaczego to właśnie my powinniśmy to mieszkanie dostać. Dziś jesteśmy jednak pewni, że tym, co sprawiło, że ostatecznie mieszkanie dostaliśmy, była po prostu… kasa. 

Jak już wspomniałam, nasza desperacja sięgała zenitu. Zaproponowaliśmy więc, że oprócz kaucji w wysokości dwumiesięcznego czynszu, opłacimy również sześć miesięcy czynszu z góry. Nie oszukujmy się więc – tylko dzięki temu mieszkamy dzisiaj tu, gdzie mieszkamy. Wielu właścicieli wymaga, aby miesięczny przychód najemców wynosił trzy- lub czterokrotność opłaty za mieszkanie. My tego warunku wówczas nie spełnialiśmy, więc nasze oszczędności to było jedyne, co nas uratowało. Piszę o tym dlatego, że chcę pokazać, jak trudno jest tutaj o wynajem. Umowy zobowiązują najemców do mieszkania w danym miejscu przez okres dwóch lat i dopiero wtedy istnieje możliwość podpisania umowy na czas nieokreślony. 

Jeśli chodzi o kwestie takie jak dostawcy wody, prądu czy gazu – najemca załatwia je samodzielnie. Ma to swoje plusy i dzięki temu mogliśmy wybrać zieloną energię, pochodzącą ze źródeł odnawialnych. Było (i nadal jest) to dla mnie bardzo ważne, więc cieszę się, że mieliśmy tutaj zupełnie wolną rękę. 

Mamy to!

Mamy mieszkanie! Tylko co dalej?

Samą przeprowadzkę z Belgii udało się nam przeprowadzić stosunkowo niskim kosztem, ale tylko dzięki pomocy przyjaciela Toma. Musieliśmy przewieźć ze sobą nie tylko swoje personalne klamoty, ale również wszystkie meble, w tym gigantyczne łóżko i całkiem sporą szafę. Samochód do przeprowadzki wynajęliśmy od lokalnej holenderskiej firmy z okolic Alkmaar, a wspomniany przyjaciel przyjechał nim do Belgii. Dzięki temu, tuż po rozpakowaniu pojazdu mogliśmy go natychmiast odstawić, bez konieczności powrotu do Belgii i wydłużania przez to czasu wynajmu. 

Muszę też tutaj powiedzieć, że gdyby nie pomoc rodziny i przyjaciół Toma oraz odrobiny szczęścia, cała ta przeprowadzka byłaby znacznie trudniejszym przedsięwzięciem. Jestem niesamowicie wdzięczna za wsparcie, które wtedy otrzymaliśmy. Nasz główny problem polegał na tym, że w Holandii musieliśmy znaleźć się w ściśle określonym terminie (koniec maja) i zamieszkać w równie ściśle określonej okolicy. Gdyby nie presja czasu oraz nacisk na lokalizację, byłoby to zdecydowanie dużo przyjemniejsze przeżycie. Mam w związku z tym nadzieję, że nasza kolejna przeprowadzka taka właśnie będzie. 🙂

Paco zawsze na posterunku

W najbliższym czasie jednak nie planujemy przenosić się do kolejnego kraju. Mimo, iż wcześniej mieszkałam już w kilku innych miejscach, wcale nie ominął mnie szok kulturowy. Czym innym jest wakacyjny wyjazd lub przeprowadzka na kilka miesięcy, a czym innym “stały” pobyt, bez poczucia, że za jakiś czas powrócimy do tego co dobrze znane. 

A skoro już o stałym pobycie mowa to pamiętajcie, że wiąże się on z koniecznością rejestracji w urzędzie miasta. O tym jednak opowiem w kolejnej części tego cyklu. Bo i tutaj nie ominęło nas kilka przygód. 😀 

Poprzednie artykuły z cyklu:

O holender! czyli o życiu w Holandii: początek

Reklamy

2 myśli w temacie “O holender! czyli o życiu w Holandii: poszukiwanie mieszkania”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.