Holandia, Lifestyle

O holender! czyli o życiu w Holandii: początek

Follow my blog with Bloglovin

Wiatraki, tulipany, ser, Polacy wyjeżdżający tam do pracy i… marihuana. Takie były od zawsze moje skojarzenia z Holandią. Jeśli chcecie wiedzieć czy coś się pod tym kątem zmieniło i co sądzę o życiu w Holandii to zapraszam do czytania! Tym postem rozpoczynamy bowiem nową serię, w której będę opowiadać o swoich spostrzeżeniach na temat tego kraju i rozwiewać lub umacniać pewne stereotypy.

Zacznijmy jednak od początku i tego skąd w ogóle wziął się pomysł na przeprowadzkę do Holandii. Bo nie był to nasz pierwszy, ani nawet drugi wybór. I nie zmienia tego fakt, że mój chłopak jest z pochodzenia Holendrem 😀 Myśleliśmy przez chwilę o Niemczech, a potem, już dużo poważniej, o Skandynawii, która nadal znajduje się na naszej liście miejsc do zamieszkania (tak, mamy taką listę!). Powrót do rodzinnego kraju Toma nie miał się wydarzyć przez co najmniej kilka najbliższych lat – w końcu on miał swoje powody wyjazdu. Gdy się poznaliśmy, Tom mieszkał już w Belgii, w której później do niego dołączyłam. Oboje pracowaliśmy w Luksemburgu i nie mieliśmy czasu ani dla siebie, ani na nic innego. Zresztą, nawet gdybyśmy więcej tego czasu mieli, nadal nie chcielibyśmy tam mieszkać.

O ile Luksemburg jest pięknym i dobrze funkcjonującym krajem, o tyle Belgia, a szczególnie jej południowa część, pozostawia według mnie wiele do życzenia. Po ponad roku od wyprowadzki nie potrafię jednak opowiadać o swoich doświadczeniach z Belgii bez zbędnych (i negatywnych) emocji, więc dam sobie jeszcze trochę czasu zanim napiszę o tym coś więcej. Luksemburg z kolei był dla nas zbyt mały, zbyt ciasny (nie to, żeby Holandia należała do kategorii dużych krajów haha) i mimo wielu swoich zalet, nie dawał nam poczucia bycia „w domu”.

Wyznaję w życiu zasadę, że jeśli coś mi nie odpowiada, ale mam możliwość tego zmiany, to po prostu to robię. Działam, zmieniam, robię tak, żeby było dobrze, a przynajmniej lepiej. To samo dotyczy miejsca, w którym mieszkam. Belgii nie lubiłam, a szczególną nienawiścią (wiem, to bardzo silne słowo) darzyłam naszą miejscowość. Naprawdę dawno nie spotkałam się z tak kiepsko funkcjonującym miejscem. Mamy w Polsce tendencję do narzekania na wiele rzeczy i wychwalania osławionego „zachodu”. Uwierzcie mi jednak na słowo – może być gorzej 😀

Jak widzicie, powrót do wspomnień nie pozwala mi poruszyć tego tematu na zimno. I skoro po upływie relatywnie długiego czasu nadal żywe są we mnie te wszystkie emocje, to możecie wyobrazić sobie co działo się, gdy tam mieszkałam. A ja nie lubię narzekać na rzeczy, na które mam wpływ. Co więcej, nie chciałam narzekać na kraj, który, jakby nie patrzeć, przyjął mnie jako swoją mieszkankę bez żadnego problemu. Zamieszkałam tam ze swojej własnej woli, nikt mnie do tego kroku nie zmuszał. To prawda, sytuacja życiowa ułożyła się tak, że wyszło to niejako naturalnie, ale nadal – nie byłam tam przetrzymywana siłą.

W pewnym momencie oboje byliśmy już zwyczajnie zmęczeni własnym niezadowoleniem. Jasne było, że w końcu coś musi się zmienić. Pierwsze poważne poszukiwania nowego domu zaczęły się dobry rok przed ostateczną wyprowadzką. W tamtym momencie głównymi kandydatami były Berlin i Kopenhaga. Nadchodził okres urlopowy więc uznaliśmy, że warto byłoby odwiedzić miejsca, z których jedno prawdopodobnie będzie naszym nowym miejscem zamieszkania.

W porównaniu z Kopenhagą, Berlin wypadł blado i… odpadł z listy. Po kilku miesiącach Kopenhaga również została odsunięta na bliżej nieokreślone „kiedyś”. Dania to niewielki kraj, w którym wcale nie jest łatwo o pracę, jeśli nie mówisz po duńsku. Pracując i ucząc się po godzinach, by móc jak najszybciej zmienić zawód, nie byłabym w stanie opanować tego (trudnego!) języka wystarczająco szybko. Kopenhaga nadal znajduje się na naszej liście życzeń, ale przeprowadzka do niej jest możliwa tylko wtedy, gdy oboje będziemy pracować zdalnie. Nikt mi już bowiem nie odda tych godzin spędzonych na poszukiwaniach pracy w międzynarodowych firmach, które wymagają nie tylko perfekcyjnego angielskiego, ale w większości również znajomości ojczystego języka Duńczyków.

Po utracie Kopenhagi jako naszej opcji zostaliśmy bez pomysłu. Wiedzieliśmy, że chcemy się z Belgii wyprowadzić, ale naprawdę nie mieliśmy pojęcia dokąd. Polska nie stanowiła wtedy dla nas wyboru, z wielu różnych powodów. Ostatecznie pojawiła się w końcu idea przeprowadzki do Holandii. Tak prosta, w końcu Tom stamtąd pochodzi, a jednocześnie tak trudna. Dla mnie był to ekscytujący pomysł – zresztą jak każdy, który obejmował kraj, w którym jeszcze nie mieszkałam. Nadal mam w sobie żywą chęć poznania różnych kultur i miejsc poprzez właśnie pomieszkiwanie w nich przez dłuższy okres. Holandia stanowiła dla mnie nowość, mimo, iż odwiedziłam ją już kilka razy.

I wtedy podjęliśmy szaloną z dzisiejszej perspektywy decyzję. W lutym 2018 złożyliśmy wypowiedzenie najmu mieszkania. Mieliśmy 3 miesiące na znalezienie pracy oraz mieszkania. W Holandii.

Jak nam to wszystko poszło, jak wyglądały nasze polowania na mieszkanie i o innych kwestiach opowiem więcej w kolejnych częściach tego cyklu. 🙂

Kolejne części cyklu:

O holender! czyli o życiu w Holandii: poszukiwania mieszkania

Reklamy

2 myśli w temacie “O holender! czyli o życiu w Holandii: początek”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.