Pamiętnik z podróży

Pamiętnik z podróży: Poznań

W związku z moją ostatnią podróżą wpadł mi do głowy pomysł na serię wpisów o nazwie „Pamiętnik z podróży”. I choć nie wyjeżdżam ostatnio zbyt często to mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni i będę mogła podzielić się z Wami jakimiś ciekawymi przeżyciami lub przemyśleniami z podróżami związanymi. Nie będą to przewodniki ani relacje, bardziej krótkie historie lub refleksje, które się we mnie wykluły. Bez zbędnego przeciągania więc zapraszam Was na pierwszy wpis z tej serii.

Decyzja o tym wyjeździe zapadła spontanicznie. Aż trudno w to uwierzyć, bo ja zawsze lubię mieć wszystko zaplanowane na przynajmniej kilka miesięcy do przodu. Tymczasem, pewnej czerwcowej niedzieli chwyciłam laptopa i postanowiłam sprawdzić jak tam się mają cenowo loty do mojego ukochanego, acz niewidzianego od 3 lat Poznania. I tak planowałam odwiedzić rodziców w Kołobrzegu, więc połączenie tego w jedną podróż wydawało się całkiem sensowne. Niespełna cztery tygodnie później jadłam więc placki ziemniaczane w towarzystwie przyjaciółki z dzieciństwa, a potem popijałam lemoniadę z jeszcze dwiema koleżankami z czasów studenckich. I choć mój pobyt w Poznaniu trwał zaledwie 6 godzin, to warto było omal do niego nie dotrzeć. 

Wszystko zaczęło się od niedziałającej windy w moim budynku. Mój bagaż na szczęście znajdował się raczej w kategoriach wagi piórkowej (w końcu nauczyłam się pakować!), więc oprócz lekkiego zaskoczenia dla mojego zaspanego umysłu (była 5:50 rano), nie wydarzyło się nic strasznego. Nie wiedziałam jednak, że to był tylko początek moich przygód tego dnia. 

Spacer na dworzec kolejowy stanowił kombinację zachwytu nad otaczającą mnie przyrodą oraz slalomu między kaczymi i/lub gęsimi odchodami, których tutaj mnóstwo (kaczek, gęsi i ich odchodów). Dotarłam jednak z wystarczającym zapasem czasu, by doładować sobie bilet na pociąg. 

W Holandii korzysta się bowiem raczej z kart, aniżeli papierowych biletów. No i wszystko niby fajnie, bo bardziej ekologicznie, a kartę łatwo doładowuje się w automacie. Jak się jednak przekonałam, technologia nie zawsze jest w stanie zastąpić człowieka. Saldo na mojej karcie wynosiło 21 euro, a aby dokonać check-in na podróż trzeba posiadać ich minimum 20. Teoretycznie miałam więc wystarczająco środków, ale dla pewności i bezpieczeństwa chciałam dodać sobie nieco funduszy. Po trzech próbach opłacenia doładowania poddałam się. Automat nie mógł odczytać mojej karty płatniczej, a ja miałam już w głowie czarny scenariusz, że to właśnie z kartą, a nie z automatem jest coś nie tak. 

Check-in powiódł się bez problemów, miałam w końcu te wymagane 20 euro, mogę jechać. Czekała mnie co prawda przesiadka w Amsterdamie, ale uznałam, że szanse na to, iż będę musiała ponownie przejść przez bramki (i dokonać check-out a potem check-in) są niewielkie, więc teraz to już luzik. Oj, ja naiwna. 

Mój peron znajdował się w zupełnie innym, oddalonym o dobre 200 metrów budynku. Miałam 10 minut na przetransportowanie się tam, a wcześniej odnalezienie biletomatu i doładowanie konta. Dlaczego? Bo po check-out zostało mi na karcie jakieś 13 euro, co oznacza, że żadna bramka mnie nie przepuści. Tym razem jednak szczęście mi dopisało i jak się okazało – moja karta płatnicza działa bez zarzutów. Akcja “Doładowanie” kosztowała mnie jednak nie tylko pieniądze, ale i 6 cennych minut. Biegiem ruszyłam w stronę peronu, a ku swemu ogromnemu zaskoczeniu wpadłam do pociągu dobrą minutę przed jego odjazdem. “Chyba już wystarczy tych przygód na dziś”, pomyślałam. 

Na lotnisku wszystko poszło gładko i sprawnie. Aż do czasu kołowania samolotu. Trwało ono dobrych 25 minut i naprawdę zastanawiałam się czy my do tego Monachium, w którym miałam przesiadkę, jedziemy czy lecimy? Gwoli ścisłości – jednak polecieliśmy. Szkoda tylko, że w momencie gdy byliśmy jeszcze hen daleko i wysoko w niebie, ja miałam już zaledwie 40 minut na dotarcie do kolejnej bramki. W Monachium czekał mnie zatem kolejny sprint – 40 bramek w niespełna 20 minut. Chyba powinnam zacząć biegać, bo najwyraźniej jestem w tym niezła – znów dotarłam z zapasem czasu. 😉 

Nie pamiętam kiedy przytrafiła mi się tak pełna przygód i niefortunnych zdarzeń podróż. Co ciekawe, droga powrotna minęła mi bez najmniejszego problemu, a do domu dotarłam nawet wcześniej, niż przewidywałam. Chyba tydzień wcześniej wyczerpałam zapas “nieszczęść”. 😀

Reklamy

1 myśl w temacie “Pamiętnik z podróży: Poznań”

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.